In The Meantime

K.

Bla, bla, bla.

Oświadczam, że nadal żyję. I to całkiem intensywnie. Mam jednak lekkie wyrzuty sumienia, że już tak długo nic tutaj nie napisałam, dlatego też  postanowiłam w końcu wziąć się w garść, odłożyć na bok wszelkie wymówki i uraczyć Was nowym wpisem.

Od mniej więcej 3 tygodni jestem warszawskim słoikiem. Dalszą edukację postanowiłam kontynuować w stolicy, chociaż do niedawna wzbraniałam się przed mieszkaniem tu rękami i nogami. Jak to kobieta - zmieniłam zdanie. Etap Lublina mam już za sobą. Teraz przeszłam do wyższego levelu, czyli czeka mnie 2 lata naukowego hardkoru. Nie żartuję, na prawdę zapowiada się całkiem ciężko. Ale chciałam, to mam :)

Warszawa nie przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Po leniwych, beztroskich wakacjach, dość gwałtownie powitałam październik. Nowa uczelnia okazała się dużym wyzwaniem, zostałam zasypana całą masą projektów, sprawozdań, zaliczeń, co jest równoznaczne z tym, że tracę szansę na jakiekolwiek życie towarzyskie,  nowi ludzie w większości są nastawieni na rywalizację i podkładanie innym nogi, a pani w dziekanacie jest ekstremalnie nieprzyjemna (podkreślam słowo 'ekstremalnie', bo panie w dziekanatach zazwyczaj do miłych nie należą..). Autobusy zaczęły się spóźniać bardziej niż zwykle, właścicielka mieszkania zaczęła nam robić niezapowiedziane naloty i co gorsza ostrzegła, że czasami będzie wpadała z koleżanką na kawkę, a najbliższe sklepy, w których znajdę coś do jedzenia okazały się być bardzo daleko. W dodatku w ciągu 3 tygodni zostałam agresywnie zaczepiona przez 3 panów, których wzrok i sposób zachowania bynajmniej nie świadczyły o pełnym zdrowiu psychicznym. Nie takiej Warszawki chciałam, nie na taką liczyłam. Ale jak to się mówi - trudne początki, zwiastują lepszy koniec? Mam nadzieję..

Jedynym plusem tego wszystkiego jest fakt, że poznałam kilkoro na prawdę świetnych ludzi, którzy przywrócili mi wiarę w to, że można ze sobą nie walczyć, nie rywalizować, studiując na jednym kierunku i co najważniejsze - zakumplować się. Dla Was to pewnie strasznie banalne, ale na moich studiach jest to coraz rzadsze zjawisko. Gdyby nie oni, to pewnie całkowicie straciłabym wiarę w to, że spotka mnie tutaj coś dobrego. A może za szybko na osądy? Dam sobie czas. Może się zaprzyjaźnię z tym miastem. Powalczymy. A Wam, studenci jak mijają pierwsze tygodnie października? :)